Strona główna  /  Wycieczki  /  Salatin Tatry Niżne

Salatin Tatry Niżne

Salatin Tatry Niżne

Trasa: Ludrova - kanion Hučiaky - Salatin - Przełęcz pod Małym Salatinem - Mały Salatin - Krivań (nocleg w chacie pod Krivaniem) - Sedlo pod Kohutom - Liptovska Stiavnica - Rozomberok
Data: 30.04.2012 - 01.05.2
Uczestnicy: Dorota, Sławek, Piotr. Lowell

 

Moja dusza od dłuższego czasu była w poniewierce. Pragnąłem spokoju i potężnej dawki regeneracji. Pojechałem - więc jestem. Jednak, wiele wskazywało, że dojdzie do tragedii. Cytując Jacka Dukaja - "Ciskało nami tam niczym kulką we flipperze, od wypadku do zagubienia, od zagubienia do tragedii". W moim wypadku do przemoczonych butów, przeziębienia, nieprzespanej nocy i poznania słowackich linii kolejowych. Z czego to ostatnie zaliczam in plus.

 

Jest dolina, jest i kanion, czyli szlak na Salatina

 

Ludrava z widokiem na Chocz

Ludrava z widokiem na Chocz

Naszą wycieczkę rozpoczynamy w miejscowości Ludrova - taka typowa słowacka wioska. Mają one swój urok. Mam wrażenie, że czas się tam zatrzymał. Tak samo jest również w Ludrowej. Pakujemy plecaki i ruszamy w trasę. Pierwszy odcinek prowadzi doliną. Samoczynnie przychodzą porównania z Kościeliską lub Strążyską - tylko tutaj nie ma ludzi. Jest spokojnie, nikt nie śmieci, nikt nie krzyczy. Aż nie mogę uwierzyć, że trwa długi weekend majowy. Zielono na dole, błękitnie na górze. Ptaszki. Strumyk. Kanapki z mielonką w plecaku....

 

Szlak prowadzi taką o doliną

Szlak prowadzi taką o doliną

 

Pogoda z jednej strony nas rozpieszcza, z drugiej katuje. Mamy błękitne niebo nad głowami, jednak robi się tropikalnie gorąco. 30 C leje się z nieba. Uderza prosto w nasze ciała. Żeby chociaż wiatr przypomniał o swoim istnieniu - a tu cisza. Idziemy dość leniwym krokiem podziwiając uroki doliny. Jest cały czas płasko jak na talerzu (płaskim). Dookoła górskie zbocza. Nie wiem czy to nazwać sielanką czy smażeniem na grillu.

 

W kanionie Hučiaky.

W kanionie Hučiaky

 

Szlak odbija w lewo, kończy się asfalt. Leśną ścieżką zmierzamy w kierunku kanionu Hučiaky, w której to znajduje się Jaskinia Ludrova. Jasnozielona barwa zmienia się w dominującą barwę ciemnozieloną. Robi się od razu chłodniej o 10 stopni. Bardzo urocze miejsce. Geometrycznie nieprawidłowe i ogromne zarazem bloki skalne, osaczają tak niewielkich turystów. Bacznie przeskakujemy niemrawy strumyk, po kamieniach docieramy do środkowej części kanionu. Dorota ze Sławkiem wdrapują się do otworu wejściowego jaskini, my z Piotrem bacznie ich obserwujemy i odpoczywamy na dnie kanionu. Nachylenie naszej trasy powoli wzrasta. Piotr wyczytał w przewodniku, że końcowe podejście na Salatina w niektórych miejscach może przebiegać na czworaka. Brzmi co najmniej ekstremalnie... Ruszamy dalej, pozostawiając za sobą kanion Hučiaky.

 

Grań między Salatinem i Małym Salatinem

Grań między Salatinem i Małym Salatinem

 

Widok na Małą Fatrę

Widok na Małą Fatrę

Jesteśmy coraz bliżej głównej grani Salatina. Na dużej polanie otwierają się widoki na Salatina i Małego Salatina. Na zachodzie widać ośnieżoną Małą Fatrę. Widok cudnej urody. Osiągamy grań. Podejście na szczyt rzeczywiście wydaje się być wymagające, lecz z drugiej strony w Tatrach Wysokich lub Zachodnich podejścia są dużo trudniejsze. Jednak przy takiej pogodzie - kilka kropel potu z nas wyciśnie. Samo podejście umilały nam fioletowo-żółte sasanki. Odsłania się główna gran Niżnych Tatr. Imponujący grzbiet, który trzeba będzie kiedyś przejść w całości. Odsłaniają się również te "właściwe" Tatry. Nie wiem w jakim czasie, nie kojarzę o której godzinie - docieramy na szczyt Salatina. Obyło się bez czworaków :) Autor przewodnika moim zdaniem nie powinien go pisać w ten sposób. Trochę to może dla niektórych zabrzmieć zniechęcająco - wspinanie się na czworakach. Czy miało to oddać większą dramaturgię szlaku? Sam określiłbym podejście jako średniej trudności, lecz też nie jest to obiektywna ocena. Być może w paśmie Tatr Niżnych jest to jedno z cięższych podejść. Nie znam tego rejonu jednak dementuje - nie szliśmy na czworakach.

 

Sasanki

Sasanki

Pod szczytem Salatina - widok na główną grań Niżnych

Pod szczytem Salatina - widok na główną grań Niżnych

 

Salatin

 

Tlsta (1554 m) i Wielka Chochula (1758 m, drugi plan) na zachodnim krańcu głównej grani Niżnych Tatr.

Tlsta (1554 m) i Wielka Chochula (1758 m, drugi plan) na zachodnim krańcu głównej grani Niżnych Tatr.

 

Salatin... Hmmm... Takie mam odczucia co do niego, niekoniecznie związane z bezgraniczną euforią. Widoki ze szczytu są imponujące. Główna grań Niżnych, Tatry pokryte białą pierzyną, wyróżniający się Wielki Chocz, Mała Fatra i wiele innych rejonów, których swobodnie nie rozpoznaję. Jest co podziwiać, jest o czym myśleć, jest co planować. Z drugiej strony, wierzchołek Salatina znajduje się kosodrzewinach. Jest dość obficie nimi zarośnięty. Pod szczytem znajdują niewielkie polany, gdzie można spokojnie wypocząć. Główna grań Niżnych wydaje się być dużo bardziej atrakcyjna.

 

Tatry widoczne z Salatina

Tatry widoczne z Salatina

Chopok i Dumbier o ile się nie mylę

Chopok i Dumbier o ile się nie mylę

 

Salatín (pol. Salatyn) wznosi się na wysokość 1630 m n.p.m. Znajduje się w zachodniej części Niżnych Tatr (tzw. Ďumbierske Tatry). Jest najwyższy w tzw. grupie Salatynów. Masyw Salatina przyjmuje formę wielkiej kopy. Zbudowany jest z wapieni, tworzących w wielu miejscach interesujące formacje skalne. Występują tu różnorodne zjawiska krasowe (jaskinie, leje krasowe itp.).

 

Wpis do księgi

Wpis do księgi

 

Wielki Chocz

Wielki Chocz

 

 

Piotr dokonuje wpisu do księgi zdobywców Salatina. I ruszamy w stronę chaty pod Krivaniem - miejsca, w którym będziemy nocować.

 

I co z tą tragedią?

 

 

Grań na Mały Salatin i Wielki CHocz w tle

Grań na Mały Salatin i Wielki Chocz w tle

 

W tym tragicznym przypadku tragedia pisana jest przez małe "t". I w zasadzie z tragedią ma tyle wspólnego co pożółkłe tapety z nowym wygaszaczem na moim monitorze. Czyli w zasadzie nie za wiele. Chociaż pewnie znajdą się tacy co będą polemizować. Jednak opisywana powyżej sielanka turystyczna przestała nią być podczas schodzenia z Salatina.

Pojawiły się dość obszerne płaty śnieżne między kosodrzewinami. Na początku były ulgą dla zmęczonych nóg. Samo oznaczenie szlaku pozostawiało wiele do życzenia. Jakiekolwiek znaki albo znajdowały się pod śniegiem, albo nigdy ich tu nie było. Nie wiem czy to szlak nas zgubił czy my jego. Na śniegu są tylko ślady prowadzące do nikąd. Tak jakby nikt tym szlakiem nie szedł. Głębsze zapoznanie się z resztkami mokrego śniegu okazało się tragiczne. Po 10 minutach przemoczyłem buty i już nie było mi do śmiechu. Szlak zostaje odnaleziony, mi woda chlupie w butach. Opuszczamy pasmo kosodrzewin. I w zasadzie wszystko byłoby zaistnie wspaniale, gdyby nie fakt, że zaczyna mi również chlupać coś w nosie. No to się przeziębiłem... Na dodatek po raz drugi udaje nam się zgubić szlak. Tym razem utknęliśmy na dłużej. Analiza mapy. Próby dopasowania grubej kreski oznaczającej zielony szlak do rzeczywistości. Słońce zachodzi, robi się chłodniej. Mamy jeszcze około godziny do naszej chaty. Tylko gdzie biegnie szlak? W lesie znowu pojawiają się obszerne płaty śniegu. Na drzewach ani śladu zielonej farby. Piotr nastawia nas na dziki biwak bez namiotów. Gdyby nie pojawiająca się gorączka, uważałbym taki nocleg pod chmurką za fajną przygodę. Nie poddajmy się i szukamy dalej. Przemierzamy las w północnym kierunku, tak jak powinien przebiegać szlak. W końcu dochodzimy do ścieżki, która doprowadza nas do szlaku. Na dzisiaj koniec tego typu przygód. Wlekę się na samym końcu. Po godzinie docieramy do Chaty pod Krivaniem. W końcu można się przebrać i ściągnąć przemoczone buciory. Kilka tabletek, gorąca herbata i do śpiwora. Tylko jak tu do cholery zasnąć?

 

Słońce już zachodzi, a my jeszcze daleko od chaty

Słońce już zachodzi, a my jeszcze daleko od chaty

 

Zagubiony, śmierdzący i brudny Japończyk

 

Od razu mam przychodzą skojarzenia ze zdjęciem przedstawiającym dziewczynę śmigającą w japonkach na Świnice, bądź inną wymagającą górę w Tatrach Wysokich. A my przecież w Niżnych! Rozpoczynamy dzień w chacie pod Krivaniem. Nie wiem jak długo drzemałem tej nocy, chyba wcale. Ciskało mną jak tą kulką we flipperze... W takim stanie pozostaje tylko powrót do Bielska-Białej. Cel - zejść do Ludrovej a później dostępnym środkiem komunikacji dostać się do naszego kraju. Buty nadal mokre, w obwodzie pozostają, niezawodne w takich warunkach, japonki. Z racji, że moje tempo marszu nie jest porywające postanawiamy wyjść samemu trochę wcześniej. Cóż, jak na japonki idzie się całkiem dobrze, jedynie przy większych nachyleniach pasek miedzy palcami trochę się wrzyna. Problemy zaczynają się gdy pojawia się błoto. Dopóki można je obejść wszystko jest ok. Jednak przeprawa (pod dużym nachyleniem drogi) nie jest już rzeczą prostą. Oprócz wżynającego się paska, również bieżniki wiele pozostawiają do życzenia. Po jednym niekontrolowanym poślizgu zaczynam się zastanawiać nad nową strategią. Pójdę boso! Pójdę booosoo... I tak już mam nogi do kostek brudne. Nawet muchy już nie chcą koło mnie latać.... Czeka mnie niezły peeling. Przeżywające te fascynujące doświadczenia nie zauważyłem, że szlak do Ludrovej odbijał w pewnym miejscu w lewo. A ja po tym błotku. Drogą. Zadowolony. Prułem w dół. Zszedłem do doliny. Rozglądam się za znakami na drzewach. Nic. Za to strumyk płynął w pobliżu. Wypadałoby umyć nogi przed wejściem do cywilizacji. W zasadzie przed wejściem gdziekolwiek. Naturalna akupunktura i lodowata woda ze strumyka chyba na ironię dobrze wpłynęła na moje przeziębienie. W zasadzie czułem się potężnie niewyspany i zmęczony. Rodzi się oczywiście poboczne pytanie - gdzie ja do cholery jestem? Widzę Wielkiego Chocza, więc kierunek jest dobry. Pojawiają się pierwsze zabudowania - Liptovska Stiavnica. Oczywiście mapę miał tylko Piotr. Pytam się ludzi. Do Ludrovej mam około 4km, do Rozomberoka podobno 6km. Najpierw i tak muszę dojść do głównej drogi na tej wiosce. Po 15 minuach dzwoni Dorota z zapytanie gdzie jestem (oni nie pomylili szlaku)? Przedstawiam sytuację i mówię, że idę w stronę Rozomberoka, tam coś złapię w stronę Bielska-Białej. Mówi, że mnie podwiozą, tylko muszę im powiedzieć gdzie dokładnie jestem. Wtedy to dokładnie tego jeszcze nie wiedziałem.Byłem odkrywcą tych terenów. Prawdziwym pionierem w Liptovskiej Stiavnicy. Później było jeszcze z 10 telefonów z różnymi wersjami wydarzeń, które mogą mieć miejsce. Stanęło na tym, że mnie podwiozą. Doszedłem do główne drogi, którą dojechaliśmy dzień wcześniej do Ludrovej. Siadłem pod drzewem i wypatruję towarzyszy. Jadą! Uśmiecham się. Wstaję. Macham. Zakładam plecak.... A oni przejechali dalej... Dzwonię. Nikt nie odbiera. Dzwonie przez najbliższe 3 minuty - nikt nie odbiera. Może zawrócili. Nie. Oni już byli w Rozomberoku. Trochę wkurzeni na mnie. Namieszałem zdrowo w ich planach. Czekają na mnie w na stacji benzynowej w Rozomberoku. Po 30 minutach docieram do nich.

Mogę mówić o wielkim szczęściu, gdyż za 5 minut mam pociąg do Żyliny. Trasa prowadzi przez Wielką i Małą Fatrę. Widoki niesamowite. Czekam 20 minut. Z Żyliny mam pośpieszny do Czeskiego Cieszyna. Później z buta na naszą stronę Cieszyna. Busa jadącego do Krakowa łapię na skrzyżowaniu. Docieram do Wadowic, odszukuję samochód i wracam do Bielska-Białej. Trochę to skomplikowane i męczące, ale miło wspominam tą podróż. I tak, po dwóch dniach kończy się dla mnie majowy wypad na Słowację


Zobacz wszystkie zdjęcia z wycieczki!



Pozostaw Komentarz

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany.





Podobne


dolina-5-stawow-oraz-piekielnie-sliskie-szpiglasowe-perci

Dolina 5 Stawów oraz piekielnie śliskie Szpiglasowe Perci

orla-perc

Orla Perć

giewont-co-sprawia-ze-jest-taki-popularny

Giewont - co sprawia, że jest taki popularny?

babia-gora-od-slowackiej-strony

Babia Góra od słowackiej strony